Czarne chmury nad U.S. Army

źródło: commons.wikimedia.org

W lutym zeszłego roku, podczas przemówienia w West Point, ówczesny Sekretarz Obrony Robert Gates przestrzegł, że każdy z jego następców powinien wystrzegać się zalecania prezydentowi USA wysyłania do Afryki, Azji lub na Bliski Wschód dużych sił lądowych. Gates nie był oryginalny, powtórzył słowa jakie kilkadziesiąt lat wcześniej, po wojnie w Korei, wypowiedział generał Douglas MacArthur. Skąd ten pesymizm? Z prostej obserwacji faktów. Trzeba przyznać, że po II Wojnie Światowej, amerykańska armia nie radziła sobie najlepiej.

W znanym nam od 1945 roku środowisku międzynarodowym, USA raczej nie grozi lądowa wojna na własnym terenie. Co więcej, nie grozi im również na własnym kontynencie, ani w całej zachodniej hemisferze. Korea, Wietnam, Liban, Irak, Afganistan – Amerykanie musieli wysyłać swoje siły lądowe, na teatry bardzo od ojczyzny oddalone, to jedna z przyczyn niepowodzeń amerykańskich sił lądowych. Ale nie jedyna.

Problem w tym, że amerykańscy politycy stawiali przed Armią zadania, do których ta nie była gotowa, z jednym chwalebnym wyjątkiem – „Pustynnej Burzy”. Poza tym USArmy musiała zwalczać partyzantkę, okupować długotrwale wrogie terytorium, spełniać zadania bez mała policyjne. To dość karkołomne dla stworzonych za miliardy dolarów, nowoczesnych sił, szkolonych by zniszczyć wroga w konwencjonalnej walce. Okazuje się, że w starciu z partyzantem, który działa na swoim terenie amerykańska przewaga technologiczna nie daje wymiernych rezultatów.

Oprócz tego amerykańska armia była po prostu zbyt mała, by móc wypełnić zadania, które przed nią stawiano. Przy walce w kraju oddalonym o tysiące kilometrów, ilość żołnierzy niezbędnych do logistycznej obsługi całego przedsięwzięcia wielokrotnie przewyższa ilość mogącą walczyć. Kolejni muszą zająć się taktycznym rozpoznaniem i zwiadem, rzeczą konieczną na obcym terenie. Wróg przeważnie ma w tej materii znaczną przewagę. Efektem tej rozbieżności między potencjałem amerykańskiej Armii, a rzeczywistością, z którą się zmierzyła były porażki w Korei, piekło Wietnamu, wiele lat w Afganistanie i osiem lat męki w Iraku.

Oddajmy Armii, że gdy stanęła przed jasno określonym celem – wyprzeć Saddama z Kuwejtu – dokonała tego w sposób perfekcyjny (z pomocą pozostałych komponentów sił zbrojnych oczywiście). Tyle, że w 1991 roku nie było mowy o okupacji, wprowadzaniu demokracji, budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, zwalczaniu partyzantki i terroryzmu, ani o żadnym innym niemożliwym do zrealizowania celu. Dziś, w roku 2012 amerykańskich sił lądowych nie ma już w Iraku. Za kilka miesięcy ma zacząć się stopniowe wycofywanie z Afganistanu. Jaka przyszłość czeka Armię? Nie wesoła.

W jakiej formie U.S. Army wróci z Iraku i Afganistanu? Wykrwawiona i zdemoralizowana. Obie wojny w USA od bardzo dawna były szalenie niepopularne. Powracających żołnierzy nikt nie witał kwiatami i fetą, te czasy dawno minęły. Trudno również znaleźć punkt, z którego spoglądając wstecz, można by którąś z tych wojen uznać za zwycięską…

Jednak dla Armii, jeszcze gorsze niż nienajlepsze wspomnienia, muszą być niepewne widoki na przyszłość. Nie dawno opisywałem, gdzie w najbliższych latach koncentrować będzie się amerykańska polityka zagraniczna. Na Pacyfiku i Bliskim Wschodzie przez dłuższy czas nie będzie wielu zadań dla Armii. Wojna najbliższej przyszłości to Air Sea Battle. W wizji tej dla sił lądowych nie przewiduje się znaczącej roli, jak sama nazwa wskazuje. Oczkiem w głowie Pentagonu będzie marynarka, tuż za nią lotnictwo. Nadal „hodowane” będą siły nuklearne, intensywnie rozwijają się środki cyberwojny i siły specjalne. Nawet piechota morska, której lądowe komponenty również nie unikną marginalizacji, utrzyma przecież swoją rolę, jako ważny czynnik projekcji siły z morza. Dla mas piechurów i licznych formacji czołgów brakuje jednak miejsca w nadchodzących konfliktach. Nie trudno w tej sytuacji domyślić się kto poniesie największy ciężar nieuchronnych cięż w budżecie, których wpływ będzie w siłach zbrojnych odczuwalny przez długie lata.

W toku wojen ostatniej dekady Armia pochłonęła masę środków. Zwiększyła swoje rozmiary, musiała rozwijać systemy ochrony przed IED, wykrywania min, lepszego zabezpieczenia pojazdów i żołnierzy. Duże koszta generuje opieka nad inwalidami, czy rodzinami poległych żołnierzy. Wszystko to kosztowało miliardy dolarów. Te wydatki jednak nie wypłyną na rozwój sił lądowych. Systemy, taktyka działania wypracowywane na Irak i Afganistan raczej nie przydadzą się w najbliższym czasie. Już dziś sprzęt wycofany z Iraku zalega magazyny i jest bardziej problemem niż pomocą.

Armia od dawna nie wprowadziła również do użycia żadnej ważnej platformy bojowej. Marynarka może być dumna z nowych LCSów, z dynamicznie rozwijającego się programu okrętów podwodnych klasy Virginia, w stoczni Newport News za miliardy dolarów powstaje USS Gerlad R. Ford, pierwszy przedstawiciel nowej rodziny superlotniskowców. Siły powietrzne mają swoje F-22, plany nowego bombowca są coraz bardziej wyraźne, a aparaty bezzałogowe przeżywają okres wielkiej prosperity. Nawet piechota morska dostała niedawno Ospreya, z myślą o niej budowane są również kolejne okręty desantowe. Wszystkie trzy wymienione komponenty sił zbrojnych już wkrótce cieszyć będą się z nowych F-35.

źródło: commons.wikimedia.org

W porównaniu do powyższych najważniejszy sprzęt Armii jest z innej epoki. Wszędobylskie HUMVEE służą od połowy lat 80., kilka lat wcześniej zadebiutowały Abramsy i Bradleye.  Dzieckiem lat 80. jest również śmigłowiec Apache. Co więcej użytkowane nadal są transportery piechoty M-113 i śmigłowce Kiowa Warrior. Oba projekty pochodzą z kolorowych lat 60. Wyjątkami w arsenale armii są wprowadzone w ostatniej dekadzie Strykery i haubica M777… To oczywiście żaden wstyd użytkować starszy sprzęt, jeśli nadal spełnia wszelkie wymogi. Abrams wciąż jest królem pola bitwy i raczej prędko nikt mu nie zagrozi, dlatego o nowym czołgu nawet się nie wspomina. Nad następcami innych systemów trzeba jednak intensywnie pracować, jeśli Armi USA ma utrzymywać swoją technologiczną przewagę.

Owszem pewne projekty się rozwijają. Wysłużone M-113 ma w przyszłości zastąpić nowy Armored Multi-Purpose Vehicle (AMPV), Humvee Joint Light Tactical Vehicle (JLTV), a Bradleya Ground Combat Vehicle (GCV). Tyle, że prace nad tymi projektami postępują bardzo powoli, a w obliczu cięć w budżecie i ograniczonej roli wojsk lądowych na przyszłym polu walki mogą być zagrożone. Już teraz trwają debaty w odpowiednich komisjach Kongresu, czy jest sens inwestować miliardy w nowe pojazdy, czy może lepiej modernizować stare. W przypadku GCV, którego budowa szacowana jest na 40 mld$ mówi się też o zbyt małym postępie w stosunku do Bradleya, tym samym podważając sens inwestycji.

Tymczasem generałowie alarmują, że wkrótce sprzęt Armii nie będzie nadawał się nawet do walki ze słabo uzbrojonymi bojownikami, nie mówiąc o zaawansowanych systemach, które tworzyć mogą inne państwa. Trzeba również zauważyć, że Armia jest po części sama sobie winna swojej obecnej sytuacji. Po zachłyśnięciu się sukcesem „Pustynnej Burzy” generałowie podkreślali, że siły lądowe są samodzielną, samowystarczalną siłą. Nie rozwijano w dostateczny sposób wspólnych doktryn i metod współdziałania z pozostałymi komponentami sił zbrojnych.

Niektóre projekty zostały zlikwidowane całkowicie. Program śmigłowca Comanche został skasowany w 2004 roku, dwa lata wcześniej los ten spotkał haubicę samobieżną Crusader. Największy żal Armii musiał wywołać jednak koniec rozwoju wizji Future Combat Systems. Ten ogromny projekt, który przeniósłby Armię w XXI wiek i mógł przygotować ją do wojny przyszłości, został zawieszony przez Roberta Gatesa w 2009 roku. Pieniądze były potrzebne na Afganistan i Irak…

Krok ten uważany jest powszechnie za śmierć szerokiej modernizacji Armii. Bezdroża Afganistanu i Iraku, a także nowe wyzwania, którym – według planistów w Białym Domu i Pentagonie – stawiać czoła trzeba będzie na morzu i w powietrzu, mogą okazać się cmentarzyskiem U.S. Army na długie lata. Wydaje się, że w możliwej do przewidzenia przyszłości jedynie nowe zagrożenie, które wymagałoby rozbudowanych i nowoczesnych sił lądowych mogłoby obrócić ten trend. Armii potrzebna jest nowa idea, na wzór kwitnącej za Reagana Air-Land Battle. Tylko, że wtedy na lądzie było się z kim bić.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólnie o wojnie, Siły Lądowe, USA wobec Bliskiego Wschodu i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Czarne chmury nad U.S. Army

  1. Pingback: Bitwa powietrzno-morska (Air Sea Battle) – najbliższa przyszłość pola walki. | nowastrategia

  2. Pingback: Armia walczy o przyszłość i pieniądze. | nowastrategia

  3. Pingback: Wnioski z przeszłości a przyszłe wojny. | nowastrategia

  4. Pingback: Pierwsze urodziny nowejstrategii. | nowastrategia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s