Amerykańscy żołnierze w Jordanii i rola Beduinów na Synaju.

Źródło: guardian.co.uk

ŻOŁNIERZE USA W JORDANII.

New York Times doniósł, że Stany Zjednoczone wysłały w sekrecie około 150 żołnierzy do Jordanii. Mają oni wspomóc sojusznika w radzeniu sobie z narastającymi falami syryjskich uchodźców, a także stanowić siłę, która będzie mogła zareagować w potencjalnym kryzysie związanym z syryjską bronią chemiczną.

Uchodźcy to poważny problem. W Jordanii jest ich już 180 tysięcy, a liczba ta zwiększa się każdego dnia. Prócz obciążeń jakie stanowią oni dla jordańskich finansów, większe niebezpieczeństwo wiążę się z możliwym „rozlaniem się” konfliktu syryjskiego na Jordanię. Przykład napięcia na turecko-syryjskiej granicy jest sygnałem ostrzegawczym. USA za wszelką cenę nie chcą dopuścić, by na południowej granicy Syrii doszło do podobnych wydarzeń. Czy jednak planowane jest utworzenie strefy buforowej na granicy Jordanii z Syrią? Póki co nie ma konkretnych planów, ale jeśli liczba uchodźców nie będzie maleć nie jest to wykluczone.

Na granicy dochodziło również do kilku niewielkich incydentów, choć nie miały one tak tragicznych skutków jak w przypadku ostrzelania tureckiego Akcakale przez Syryjczyków. Władze Jordanii obawiają się również, że do kraju mogą przenikać uczestniczący w rebelii islamiści.

Zarówno strona amerykańska, jak i jordańska odmawiają komentarza w sprawie. Możliwe, że żołnierze USA przebywają w Jordanii od maja, kiedy to na terenie tego kraju odbywały się duże ćwiczenia wojskowe. Sytuacja wydaje się ciekawa z wielu względów. Nie sądzę by Amerykanie wysyłali żołnierzy jedynie w celu wsparcia wysiłków zmierzających do poradzenia sobie z kryzysem jaki mogą wywołać uchodźcy. Aspekt czyniący Jordanię potencjalną bazą wypadową do interwencji w Syrii wydaje się być ważniejszym powodem amerykańskiej obecności. Bliskość bezpiecznej bazy dla sił USA będzie kluczowe zarówno w razie większej misji dotyczącej syryjskiej broni chemicznej, jak i mniejszych akcji sił specjalnych, a może nawet dronów. Nie przeciwko siłom Assada, ale przeciwko infiltrującym szeregi powstańców islamistom.

Jordania jest dla USA niezwykle cennym sojusznikiem. Znajduje się w centrum regionu, prowadzi stosunkowo umiarkowaną politykę wewnętrzną, która nie rodzi napięć znanych ze stosunków z państwami takimi jak choćby Arabia Saudyjska, nie dotknęły jej wielkie zmiany w wyniku „arabskiej wiosny”, a król – sojusznik Waszyngtonu cieszy się w kraju dużym szacunkiem (choć kilka dni temu w Ammanie doszło do dużych wystąpień niezadowolonych ze zbyt wolnego tempa reform), Jordania jest również jednym z gwarantów bezpieczeństwa Izraela. USA powinny dbać o relacje z najmniej kłopotliwym sojusznikiem i utrzymać je na doskonałym poziomie za wszelką cenę.

UPDATE: Dzień po publikacji New York Times’a, Sekretarz Obrony Leon Panetta oficjalnie potwierdził, że żołnierze USA są obecni w Jordanii.

 

BEDUINI CHCĄ BRONI OD RZĄDU W KAIRZE.

Zamieszkujący Półwysep Synaj Beduini domagają się dostaw broni od egipskiego rządu, by móc skuteczniej przeciwstawić się co raz aktywniejszym islamistycznym bojownikom w regionie. Póki co władze w Kairze „rozważają” tę prośbę. Istnieje obawa, że Beduini mogą uformować zbrojne milicje i stać się kolejnym samodzielnym faktorem, który doprowadzi do jeszcze większej destabilizacji tego kluczowego regionu. O sprawie możemy przeczytać na stronach Washington Times’a.

Wahania Kairu nie mogą dziwić. Beduini nie żyją w zgodzie z władzą centralną w Kairze, rządzą się własnymi plemiennymi prawami, uprawiają przemyt, a nie rzadko także rozbój i uprowadzenia dla okupu. Niektórzy Beduini przystąpili również do szeregów islamistycznych bojówek na Synaju. Czy jednak uzbrojenie kilku tysięcy Beduinów, którzy zwalczaliby bojowników nie byłoby szansą na uspokojenie Synaju? Nie wydaje mi się. Po pierwsze Beduini już dziś nie są bezbronni. Plemiona są dobrze wyposażone w broń lekką i same dbają o ochronę własnych wiosek czy miasteczek. Gdyby mieli interes w większym zaangażowaniu w walkę z bojownikami mogliby zrobić to na własną rękę już wcześniej.

Wydaje się, że Beduini i islamiści nie muszą wchodzić sobie w drogę. Teoretycznie nie mają sprzecznych interesów, łączy ich za to wspólna niechęć do centralnej władzy w Kairze. Trudno spodziewać się, by politycy ze stolicy przystali na to, by beduińskie bojówki odpowiedzialne były za bezpieczeństwo północnego Synaju, mogłoby się to bowiem skończyć stałym zanikiem wpływów rządu na ten region. Z drugiej strony należy zapytać o godną krytyki bierność rządu. Rozpoczęta w sierpniu ofensywa przeciwko islamistom była delikatnie mówiąc niemrawa. Nie przyniosła efektów, a kiełkujące zagrożenie ekstremistyczne na Synaju nie zostało zdławione.

Sprawa wydaje się mieć drugie dno. Tłumaczenie egipskich władz, że nie rozwijają gwałtowniejszej ofensywy, gdyż obawiają się o straty wśród cywilów są bezsensowne. Może posuwam się nie co zbyt daleko w swoich domysłach, ale sądzę, że istnieje możliwość, iż egipskie władze będą chciały tworzyć własną siatkę „proxies”. Skoro wszystkie liczące się w regionie kraju posiadają tego typu oręż w swoim arsenale, to dlaczego Egipt miałby go nie mieć…?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Egipt, Jordania, Syria, USA wobec Bliskiego Wschodu i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s