Walka o Biały Dom – Walka o przyszłość U.S.NAVY.

Źródło: en.wikipedia.org

Wielokrotnie pisałem o tym, że marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych jest i przez najbliższe lata będzie, najważniejszym komponentem sił zbrojnych USA w nadchodzących latach. Nie spodziewałem się jednak, że pełnić ona będzie tak znaczącą rolę również w wyborczym wyścigu o Biały Dom. Komentatorzy podkreślają, że obecnie USN jest w centrum uwagi amerykańskiej publiczności, a jej przyszłość jest jednym z ważnych aspektów walki między Barackiem Obamą, a Mittem Romney’em.

Problem, który rozpala najwięcej emocji to rozmiar U.S. Navy w nadchodzących latach. Kolejny głos w tej kwestii dodał Seth Cropsey na łamach The Weekly Standard. Barack Obama i jego ekipa wytaczają wiele argumentów za tym, że okrojona liczebnie marynarka wojenna podoła stawianym przed nią wyzwaniom. Ich głównym argumentem są niepodważalnie wielkie możliwości nowoczesnych okrętów. Nie zgadzają się z nimi jednak nie tylko Mitt Romney i Republikanie, ale także admiralicja i zdecydowana większość fachowców, którzy jak rzadko mówią w tej kwestii jednym głosem. Marynarka USA musi być nie tylko nowoczesna, ale także liczna. Cropsey wpisuje się w ten nurt.

Stany Zjednoczone są aktorem specyficznym. Jedynym państwem, które musi bronić swoich interesów na każdym akwenie świata. I nie chodzi tutaj o czas wojny, w którym duża flota jest absolutnie potrzebna (atak na Afganistan – państwo od mórz bardzo odległe – w 2001 roku nie miałaby żadnych szans powodzenia, gdyby nie USN, która dźwigała ciężar walk w pierwszych tygodniach wojny, podobnie zresztą było w każdym innym postzimnowojennym konflikcie), ale również, a może przede wszystkim o czas pokoju.

Obama wspominał w ostatniej debacie przedwyborczej o lotniskowcach i okrętach podwodnych. Nie da się ukryć, że to najważniejsze maszyny nowoczesnej marynarki. Nie znaczą one jednak wiele bez potężnej siły innych nawodnych jednostek, o których obecna administracja zdaje się zapominać, a których ilość ma w najbliższych latach drastycznie maleć (ilość okrętów podwodnych i lotniskowców zresztą również). Inne okręty chronią zarówno lotniskowce, jak i okręty podwodne. Zapewniają ochronę przeciwrakietową, zwalczają wrogie siły morskie, piractwo, czy przemyt drogą morską. Co jednak najważniejsze, odwiedzają sojusznicze porty, prowadzą ćwiczenia – „prezentują amerykańską flagę”, zapewniają sojuszników o sile USA, odstraszają wrogów, wpływając na amerykańską politykę w czasie pokoju jak żadna inna część sił zbrojnych. Możemy powiedzieć, że w znacznym stopniu liczna marynarka zapewnia pokój.

Obama często podkreśla, że chcę się skoncentrować na zintensyfikowaniu współpracy z sojusznikami na całym świecie. To kluczowa kwestia, biorąc pod uwagę trend zamykania dużych baz sił lądowych w licznych miejscach globu i ogólne cięcia wydatków. Ponadto oczywistym jest, że w najbliższym czasie obrona morskich szlaków handlowych będzie jednym ze strategicznych wyzwań USA, a także NATO. Tych zadań nie da się poprawnie wykonać bez licznej marynarki. Powtarzanie do znudzenia, że flota może być mniejsza, gdy jest odpowiednio nowoczesna nijak nie pasuje do tych strategicznych celów.

Wybory w USA już za kilkanaście dni. Ich wynik zadecyduje nie tylko o tym kto zasiądzie w Białym Domu. Być może jak żadne inne w powojennej historii USA będą miały wpływ na potencjał amerykańskiej floty. O planie rozwoju floty zaproponowanym przez Obamę pisałem kilka miesięcy temu. Dziś nie można mieć wątpliwości, że plan ten jest nieodpowiedni. Jeżeli w założeniach tych nie dokona się korekt, marynarka znacznie obniży swój potencjał, a skutki tego planu mogą być odczuwalne przez dziesięciolecia. Barack Obama zdobywa serca wielu wyborców tym, że zmniejsza budżet Pentagonu. Wypomina Romney’owi fakt, że ten obiecuje w kampanii zwiększenie nakładów na flotę (a raczej powstrzymanie cięć). W pewnym wymiarze ma rację. W czasach kryzysu trzeba szukać oszczędności. Pytanie tylko czy akurat w budżecie U.S. Navy…

Historia od czasów starożytnych uczy, że do pomyślnego rozwoju państwa o mocarstwowych ambicjach potężna flota jest niezbędna. Pod jej parasolem funkcjonowały imperia rzymskie, hiszpańskie, holenderskie, czy brytyjskie. Mimo pewnej niechęci wobec budowy własnej floty, na przełomie XVIII i XIX wieku przekonali się o tym również Amerykanie. Stojące na równi z Europejczykami w późnym średniowieczu państwa muzułmańskie poniechały ekspansji na morza. Jakiś czas później mogły być już jedynie biernymi obserwatorami rozrostu kolonialnych imperiów prężnych wówczas europejskich państw. Piszę o tym dlatego, że w czasie gdy Barack Obama chcę zmniejszać marynarkę swojego kraju, rządzący Chinami, Indiami, Rosją, Iranem, Koreą, czy Brazylią rozbudowują swoje. Te państwa, w przeciwieństwie do USA, nie mają globalnych interesów. Być może już wkrótce na akwenach, które leżą w ich zainteresowaniach będą mogły przeciwstawić Amerykanom potencjał, który uniemożliwi USA skuteczną obronę własnych interesów.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Marynarka Wojenna, Ogólnie o wojnie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s