Tęsknota za dyktatorami.

źródło: en.wikipedia.org

źródło: en.wikipedia.org

Wczorajsza śmierć Hugo Chaveza zwróciła moją uwagę na fakt, że ostatnia lata nie były szczęśliwe dla polityków rządzących swoimi krajami ciężką ręką, ujmując rzecz delikatnie. Irak, Korea Północna, Tunezja, Libia, Egipt, Jemen, Syria (prawie),teraz Wenezuela. Dyktatorzy znikają ze sceny politycznej w szybkim tempie, wkrótce trudno będzie wskazać na geopolitycznej mapie świata postaci, które kontrowersyjne i raczej nie miło wspominane przez ich dawnych poddanych, na pewno były charyzmatyczne, a co ważniejsze, zapewniały rządzenie swoimi krajami na funkcjonalnym poziomie. Nie wzorowym, niedemokratycznym, dalece niehumanitarnym, ale na funkcjonalnym właśnie.

Nie chce zagłębiać się w przewidywanie przyszłości Wenezueli, czy Korei Północnej, bo na tych rejonach świata się nie znam, mogę jednak powiedzieć, że w odniesieniu do Bliskiego Wschodu odejścia dyktatorów wypada żałować.  Nie jest to nawet żal związany z co raz mniejszym bezpieczeństwem,  zmniejszającą się stabilnością regionu, a co za tym idzie świata, ani z trudnościami na jakie natrafiają zachodnie firmy, którym o wiele trudniej robi się interesy bez kontaktu z „administracjami” dyktatorów. To żal, który należy wyrażać wobec mieszkańców regionu. W szczególności Arabów.

Historia uczy nas trzech rzeczy. Po pierwsze tego, że dziedzictwo okresu kolonizacji jest dla Arabów równie ciężkie, jak dla mieszkańców subsaharyjskiej Afryki. Nie chcę wdawać się w rozważania czy jest to wina bardziej Europejczyków, czy Arabów. To, że na przestrzeni kilkudziesięciu ostatnich lat poziom życia i bezpieczeństwa Arabów w niektórych miejscach był nieco wyższy niż „subsaharyjczyków”, a gdzieniegdzie wyrosły skupiska wieżowców i galerie handlowe, wynika jedynie ze zbawiennej, acz nie wiecznej, obecności ropy i gazu. Po drugie, Arabowie nigdy nie potrafili się dobrze rządzić, biorąc pod uwagę organizację ponadplemienną. Najpierw pędzili samotny żywot pustynnych nomadów, gdzieś na dalekiej rubieży antycznych cywilizacji. Potem eksplodowali we wszystkich możliwych kierunkach niesieni religijnym zapałem i rządzą, jakże obcych im wcześniej, bogactw i władzy. Imperium jednak rozpadło się szybko na mniejsze części, a żywioł arabski bardzo łatwo poddawał się dominacji Turków, Persów, Mongołów, a potem Brytyjczyków, czy Francuzów. Po trzecie. Znane nam dziś arabskie państwa to w większości twory całkowicie sztuczne.

Państwa te utrzymywane były twardą ręką dyktatorów przez większość XX wieku. To je ratowało i stanowiło o ich w miarę sprawnym funkcjonowaniu. Grupa rządząca dbała o własne interesy, w czym idea państwa świetnie im pomagała, bo pozwalała uzyskać przewagę i kontrolę nad rywalami za pomocą legalnych środków. Nawet jeśli były to przemoc i represje. Dyktatorzy niejednokrotnie aktywnie zwalczali terroryzm, dbali o poprawne stosunki z sąsiadami i państwami innych kontynentów, co jednak najważniejsze, zapewniali bezpieczny żywot mieszkańcom swoich państw. Owszem, wielu więziono, bito, nawet zabijano. Taki jest mroczny „koloryt” dyktatury, z tym, że było to nieporównywalne z tym co dzieje się teraz.

Mamy rok 2013. Minęły dwa lata od czasu, kiedy to optymiści na całym świecie wieszczyli narodziny arabskich demokracji, porównywali „arabską wiosnę” z wydarzeniami w Europie Wschodniej na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Dość szybko okazało się, że nic z tego nie będzie. Arabowie nie są dziś bezpieczni. Giną tysiącami w Syrii, setkami w Iraku, dziesiątkami w Jemenie, Libanie, Libii, Algierii. Inne kraje, na przykład te na Półwyspie, czy Jordania, są w sytuacji, która może zwiastować ich rychłe załamanie.

Na dzień dzisiejszy marzenia o demokracji lepiej odłóżmy. W czasach wojny w Iraku mówiło się, że nieporozumieniem jest wprowadzanie na siłę demokracji pośród ludzi, którzy ani jej nie znają, ani jej nie pragną. Pytanie, czy ludzie Ci chcą w ogóle państwa? Jeśli spróbujemy przełożyć słowo „patriotyzm” czy „narodowa świadomość” na arabski grunt, otrzymamy coś bardzo odległego od naszych wyobrażeń tych pojęć. Dowodzą tego toczące się obecnie konflikty. Arabowie występują pod sztandarami Sunnizmu, Szyizmu, pod flagami własnych plemion, klanów i innych wspólnot, pod znakami transnarodowych wspólnot, jak Bractwo Muzułmańskie, Al-Qaida czy Hezbollah.

Istnienie państw w arabskiej części regionu jest zagrożone, a przynajmniej państw, które znaczą coś więcej, niż tylko nazwa, flaga i hymn. Państw, z którymi identyfikują się obywatele, które mają wydolną gospodarkę, których rządy posiadają kontrolę nad całością terytorium. Uwagę na to zwraca Aaron David Miller w swoim artykule, nie sposób się z nim nie zgodzić. Pisze on, że w wyniku zakładanej defragmentacji arabskich państw powstanie pustka, którą ktoś będzie chciał wypełnić. Narody, które przez wieki dominowały nad Arabami utworzyły silne wewnętrznie i prężne na zewnątrz państwa – Turcja, Iran, w pewnym stopniu Izrael. Czy „arabska wiosna” dowiodła, że przyszłością Arabów jest powrót do życia w mniejszych wspólnotach, zajętych swoimi lokalnymi waśniami, pod czujnym okiem dominujących sił z Ankary, Teheranu, a może i Moskwy czy Waszyngtonu?

Wizja ta wydaje się być fantastyczna, ale czy potrafimy dziś wskazać zalążki trendów, które mogłyby odwrócić decentralizacyjną tendencję? Czy jest polityk, który pogodziłby irackich Sunnitów i Szyitów? Czy jest rozwiązanie, które pozwoliłoby utworzyć silną i spójną wewnętrznie Syrię w jej dzisiejszych granicach? Czy konserwatywni monarchowie będą rządzić wiecznie na Półwyspie? Nawet jeśli przetrwają jeszcze kilka lat, to upadną gdy skończy się ropa, a niewydolne i bazujące na niewypracowanym dochodzie systemy, które zostały przez nich stworzone, rozsypią się jak domek z kart.

Dyktatorzy nie mogli rządzić wiecznie, ale demokracji na Bliskim Wschodzie też się nie doczekamy. Jaka będzie więc przyszłość Arabów? Czy znane dziś państwa przetrwają, pogrążone w wewnętrznych waśniach, pod obojętnym okiem społeczności międzynarodowej? Czy Arabowie zostaną zdominowani politycznie przez silnych graczy regionu? A może powstaną megateokracje, twory, z którymi masy szczerze by się identyfikowały, rządzone przez przywódców religijnych…?

Arabowie, zarówno narody, jak i ich przywódcy, przez lata zrzucali winę za wszelkie swoje niepowodzenia i niedostatki na obce wpływy. Jawne, jak i zakulisowe. Jeśli nie wykorzystają swojej obecnie uprzywilejowanej pozycji do stworzenia silnych organizmów państwowych, to za kilkadziesiąt lat, gdy nie będzie już ropy i gazu, o wpływy na arabskim Bliskim Wschodzie nikomu nie będzie chciało się walczyć. Może lekarstwem byłby powrót dyktatorów?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka Północna, Arabia Saudyjska, Bahrajn, Egipt, Irak, Jemen, Jordania, Katar, Kuwejt, Oman, ZEA i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Tęsknota za dyktatorami.

  1. Pingback: Kraina niepewności i niespodzianek. Część I. | nowastrategia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s