Wnioski z przeszłości a przyszłe wojny.

źródło: en.wikipedia.org

źródło: en.wikipedia.org

Za kilka dni okrągła rocznica ataku USA na Irak. Wspominając tamtą chybioną decyzję, której efekty będą odbijać się Stanach Zjednoczonych jeszcze bardzo długie lata, warto wyciągnąć pewne wnioski. Wyciąganie wniosków z minionych doświadczeń to rzecz bardzo pożyteczna, tym bardziej, że – nie łudźmy się – Irak i Afganistan to nie ostatnie wojny, które USA prowadziły na wielką skalę. Jestem przekonany, że wkrótce dojdzie do kolejnych.

Stany Zjednoczone są obecnie na zakręcie własnej historii. Ani jedna z toczonych przez nie wojen nie zakończyła lub zakończy się sukcesem. USA borykają się problemami gospodarczymi. Co raz słabsze są siły zbrojne, a co może ważniejsze, ich obraz w społeczeństwie. „Military Man” nie jest dziś postacią cieszącą się powszechnym respektem wśród mieszkańców kraju. Żołnierzy wracających z dzisiejszych wojen nikt nie wita paradami i kwiatami. To nie żadna nowość. Sytuacja niemal identyczna miała miejsce zaledwie 40 lat temu. Amerykańskie „sukcesy” w Wietnamie można porównać do tych w Iraku. Z wojny siły zbrojne również wyszły mocno poobijane, szczególnie Armia, zupełnie jak dziś. Świat borykał się z gospodarczym załamaniem, a w Białym Domu władzę przejął wiecznie uśmiechnięty i budzący powszechną sympatię Demokrata…

Z tamtego kryzysu Amerykanie wyszli obronną ręką. Zmodernizowali siły zbrojne, wygrali Zimną Wojnę. Następnie przyszła wojna w Zatoce Perskiej, która unaoczniła światu potęgę technologiczną amerykańskich sił zbrojnych. Konflikt ten do dziś powinien być wzorcem. Nie wdając się w dyskusję na temat dlaczego w Afganistanie i drugim Iraku nie był lub nie mógł być, warto zastanowić się jak działać, aby w przyszłości osiągać efekty takie jak w 1991, a nie w latach 2001-2013.  Amerykanie będą walczyć, bo muszą to robić. Taka jest ich rola w dzisiejszym świecie. Prezentowana aktualnie postawa Obamy, tak zwane „light footrpint”, to strategia chwilowa, obliczona raczej na okres otrząsania się z koszmarnych doświadczeń ostatniej dekady, niż wieloletnią przyszłość. USA nie dadzą po prostu rady funkcjonować na tej zasadzie, jeżeli chcą utrzymać swoją pozycję w świecie. Barack Obama o tym wie. Patrząc na codzienny raport wywiadu, który przegląda w Gabinecie Owalnym, musi zdawać sobie sprawę, że prędzej czy później wobec miejsc takich jak Syria, Iran, Mali, czy Korea Północna będzie musiał użyć mocniejszych argumentów.

Jak powinna więc podejść administracja USA do przyszłych wojen?

Po pierwsze, walczyć. Jak wspomniałem wyżej, USA nie mogą się izolować. Muszą wypełniać specyficzne obowiązki, które same na siebie nałożyły po 1941 roku. Pomijając efekt wizerunkowy, rozważając kwestię pod kątem interesów USA, bierne przyglądanie się wojnom w Syrii, Mali i atomowym awanturom Korei i Iranu nie wyjdzie Amerykanom na dobre. Problemy same się nie rozwiążą. Stany Zjednoczone, nie samotnie oczywiście, powinny zdecydowanie wziąć się do roboty. Nie ulega bowiem wątpliwości, że z każdym dniem będzie trudniej.

Po drugie, postawić sobie jasny i możliwy do osiągnięcia cel. Żadne wprowadzanie demokracji, budowanie społeczeństw obywatelskich, czy inne ingerowanie w kulturę krajów, w których Amerykanie się angażują, nie powinno wchodzić w rachubę. Jak cele te zostaną określone to już sprawa wtórna. W Syrii celem będzie obalenie reżimu, na tym nie koniec jednak. Tak było już w Iraku. Amerykanie decydując się na interwencję muszą jasno wskazać jaką frakcję poprą, wyniosą do władzy i będą następnie wspierać. Dalece niedemokratyczne i niepopularne na arenie międzynarodowej, ale jedyne możliwe rozwiązanie. Wszelkie działanie oparte na zasadzie „obalmy Assada, a potem niech „Syryjczycy” sami wybiorą władzę” skończy się wojną domową. W Iranie cel jest teoretycznie prostszy – zniszczyć instalacje nuklearne i potencjał konwencjonalny adwersarza. Bez żadnych dodatkowych założeń i wojny lądowej. Jeśli po interwencji Irańczycy obalą reżim, bardzo dobrze dla USA. Jeśli nie, również dobrze. Gdy ajatollahowie po opadnięciu dymów interwencji zechcą wrócić do programu, należy powtórzyć uderzenie. Sytuacja trochę podobna do polityki wobec Saddama Hussajna między 1991 a 2003 rokiem. Realne i jasno określone cele to podstawa.

Po trzecie, trzeba wiedzieć z kim walczyć. Wybór wroga to tylko pozornie oczywista sprawa. W Afganistanie Amerykanom zajęło dekadę zanim zorientowali się, że aby coś osiągnąć należy jasno oddzielić Al-Qaidę od Talibów. Jeżeli Talibowie nie będą wspierać AQ nie ma sensu z nimi walczyć. Są ważną częścią afgańskiego krajobrazu, zarówno społecznego, jak i politycznego. Nie da się ich trwale wyeliminować. Sytuacja w Iraku potoczyłaby się zupełnie inaczej gdyby nie postawiono na poroniony pomysł rozwiązania irackich służb specjalnych i sił zbrojnych. Z nimi należało się dogadać, a nie zasilić tą wykwalifikowaną kadrą i całymi arsenałami broni, które znajdowały się w jej posiadaniu, szeregów powstańców. Wrogiem w Syrii może być tylko prezydent i jego najbliższe otoczenie. Wrogiem w Iraku Korpus Strażników Rewolucji i potencjał militarny. Nic więcej.

Po czwarte, zabrać ze sobą na wojnę sprawdzonych sojuszników. Nie mówię tutaj o NATO. To czy USA pójdą na kolejną wojnę pod sztandarem Sojuszu, jak w 2001, czy na czele koalicji chętnych, jak w 2003, zależy w głównej mierze od kierunku politycznych wiatrów w europejskich stolicach. Ważni są sojusznicy lokalni. Nie można powtórzyć błędu z Afganistanu i pozwalać by pakistańskie machinacje niszczyły wieloletni wysiłek i marnowały życie wielu żołnierzy, którzy zginęli w tym pięknym skądinąd kraju. Nie można również pozwolić, by korzyści z wojny, czerpało państwo USA wrogie, jak to było z Iranem w odniesieniu do wojny w Iraku. W stosunku do Syrii należy oprzeć się na jak najlepszych stosunkach z Turcją i nie pozwolić się wtrącać Izraelowi. W przypadku interwencji w Iranie najlepiej byłoby powtórzyć scenariusz z 1991, czyli trzymać Izrael z dala, a do współpracy namówić państwa Półwyspu.

Po piąte, nie przeceniać swoich sił i środków. Pisałem o tym wielokrotnie. Amerykańskie siły zbrojne nie mają potencjału pozwalającego na okupację państwa, na dodatek znacznie oddalonego od granic USA. Wojna musi być krótka, zdecydowana i koncentrować się na wspomnianych wyżej realnych celach. Żołnierz musi wiedzieć, że jedzie za morza robić to do czego był szkolony, a nie sprawować funkcje policyjne w odmiennym kulturowo środowisku. Musi mieć również jasno wytyczone i dające mu poczucie bezpieczeństwa i pewności procedury użycia ognia. Stany Zjednoczone muszą wykorzystać swój potencjał technologiczny i przewagę w „sile ognia”, a potem popierać wcześniej wskazaną grupę w danym państwie, przy współpracy z regionalnymi sojusznikami.

Po szóste, nie zapominać o Wielkiej Strategii. Nawet jeżeli dojdzie do wojen w Syrii i ataku na Iran, w Waszyngtonie muszą pamiętać, że to stosunkowo niewielkie interwencję. Załatwienie naglącego, ale chwilowego problemu. Prawdziwie „Wielka Gra” rozgrywa się na zupełnie innej płaszczyźnie, ze znacznie potężniejszymi rywalami. Nie można dostosować większości działań politycznych, wywiadowczych i rozwoju potencjału militarnego do jednego, konkretnego szablonu.

Po siódme, nauczyć się kultury. USA muszą skończyć z moralizatorstwem i narzuceniem całemu światu własnych ideałów. To wygląda dobrze tylko w oficjalnych przemówieniach i propagandowej retoryce tworzonej na użytek własnych obywateli i kolejnych wyborów, ale niczemu nie służy. Interweniując gdziekolwiek nie warto tego robić pod demokratycznymi hasłami, bo od pierwszego dnia zraża się do siebie miejscową ludność, a koniec końców, jej zdanie będzie miało kluczowe znaczenie. Ta lekcja została przedstawiona jasno i dobitnie w Iraku i Afganistanie. Jestem pewien, że zarówno Syryjczycy z radością powitaliby rozwiązanie, nawet niosące za sobą zachodnią interwencję, jeżeli wyrwałoby ich z piekła wojny domowej, nie popychając przy okazji w kolejną. Irańczykom również nie żyje się komfortowo pod presją sankcji. Jednak podejście do lokalnych społeczności należy mieć przygotowane wcześniej, a nie wypracowywać go „w praniu”.

Po ósme, inwestować. W kraj po interwencji, po ugruntowaniu się władzy przyjaznego rządu, należy inwestować znaczne środki. Na każdym polu. Po pierwsze zwiąże to elity rządzące z „patronami”. Co jednak znacznie ważniejsze ukaże zwykłym ludziom, że zaistniałe zmiany działają na ich korzyść. Kluczowe jest, aby wypracowano mechanizmy eliminujące korupcję. Prawdziwą plagę, na przykład w Afganistanie. W planowaniu długofalowym należy skupić się na inwestycji w młodzież.

Po dziewiąte, wyciągać wnioski. Po 2001 Amerykanie zachowywali się na Bliskim Wschodzie trochę jak słoń w składzie porcelany. Z jednej strony było spowodowane to specyficznym rozumowaniem, na które wpłynął koszmar 9/11, ale także zbytnią pewnością siebie wynikająca z sukcesu 1991 roku i sielanki jaką, oceniając z dzisiejszej perspektywy, były lata 90. O Wietnamie wówczas zapomniano. Nie można popełnić tego błędu nigdy więcej.

Czy prowadzenie działań według powyższych wytycznych jest możliwe w demokratycznym społeczeństwie? Na pierwszy rzut oka nie. Ale czy amerykańska opinia publiczna cieszyła się z przebiegu i efektów wojny w Iraku i Afganistanie? Myślę, że amerykański obywatel o wiele lepiej przyjmie krótką, choć intensywną wojnę, prowadzoną według standardów politycznego i militarnego realizmu, niż kolejne, przeciągające się na wiele lat bagno, w którym topione będą życia amerykańskich żołnierzy i biliony dolarów, a po ich zakończeniu sytuacja będzie, w najlepszym wypadku, taka sama jak przed interwencją.

Spróbujmy teraz wyobrazić sobie modelową interwencją na przykładzie Syrii.

1. Amerykanie organizują koalicję chętnych, w których głównym graczem jest Turcja i w miarę możliwości państwa arabskie, na przykład Jordania.

2. Amerykanie typują grupę powstańczą, której zamierzają powierzyć władzę. Grupa ta musi być umiarkowana, co nie znaczy, że musi być laicka i liberalna. Ważne, żeby otwarcie zerwała braterstwo broni z islamskimi ekstremistami.

3. Koalicja dokonuje interwencji zbrojnej, łącznie z inwazją lądową. W kilka tygodni obala reżim. Następnie angażuje się w intensywne walki, już u boku Syryjczyków, z grupami powstańczymi, które nie godzą się na wprowadzany porządek.

4. Koalicja rozbraja syryjskie zasoby broni chemicznej i biologicznej. Wypracowuje porozumienie między nie chcącymi schodzić do podziemia, a wolącymi współrządzić krajem, przedstawicielami służb i armii Assada a popieraną od początku grupą powstańczą.

5. Koalicja wycofuje główne siły. W Syrii zostaje kilka tysięcy żołnierzy koalicji, głównie tureckich, które wspierają rząd w szkoleniu i tworzeniu nowej armii, a także w walce z nieuniknioną opozycją. Koalicja zdecydowanie zbroi nowy reżim.

To wizja idealistyczna i nie znajdująca się w ramach dotychczas prowadzonej polityki. Powyższy szkic nie porusza w ogóle kilku trudności z reakcją Rosji, problemem uczestnictwa we władzy wielości grup etnicznych i wyznaniowych, a także opinią społeczeństwa amerykańskiego, na czele. Mimo to uważam, że jedynie działania tak zdecydowane mogą przynieść wymierne efekty w krótkim czasie, bez ugrzęźnięcia w kosztownej, krwawej i bezowocnej wojnie. Uważam również, że warto poważnie zastanowić się nad możliwością podziału Syrii. Teraz porównajmy powyższe do do największych grzechów wojny irackiej.

1. Atak oparty na chybionych przesłankach, który podkopał zaufanie do amerykańskich służb wywiadowczych. Dał również impuls Iranowi do przyśpieszenia pracy nad programem atomowym.

2. Atak w opozycji do postaw kluczowych sojuszników w regionie, z Arabią Saudyjską na czele. Efekty tej sytuacji odczuwalne są do dziś.

3. Atak wobec oporów nie tylko w ONZ, ale i samym NATO. Nie umiejętność porozumienia się nawet z kluczową, wydawać by się mogło, Turcją.

4. Szermowanie wartościami demokratycznymi, zrażenie do siebie muzułmanów, rozwiązanie irackiej armii i służb specjalnych. Nie zrozumienie kulturowych uwarunkowań w regionie działań (słynna jest anegdota, jakoby prezydent Bush w przeddzień ataku nie rozumiał pojęć „Sunnizm” i „Szyizm” [por. Atlas Radykalnego Islamu, wyd. Dialog, 2012]). Trwałe zniszczenie wizerunku Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie.

5. Zła ocena potencjału własnych sił. Uwikłanie w wieloletnie działania okupacyjne i policyjne, które zaowocowały osłabieniem U.S. Army. Na wiele lat skierowano rozwój sił lądowych w niewłaściwą stronę. Inwestycje w środki i metody, które poza Irakiem i Afganistanem nie będą już przydatne. Odciągnięcie sił i uwagi z Afganistanu. Techniki używane przez powstańców w Iraku przenoszone są na grunt afgański.

6. Brak realnego planu wyjścia. Zaburzenie równowagi w regionie. Zniszczenie tamy pomiędzy Iranem, a Półwyspem Arabskim. Oddanie Iraku pod irańskie wpływy.

Przyjmując, że przedstawiony powyżej zarys planu rozwiązania problemu syryjskiego jest idealistyczny i niejako „osadzony w próżni”, przebieg wojny w Iraku wydaje się wręcz „idealnie fatalny”. A jednak miał miejsce. To wszystko odbyło się naprawdę. Wierzę, że można wyciągnąć z tego wnioski i pewnych błędów nigdy więcej nie popełniać. Przede wszystkim nie można zapomnieć o Iraku, tak jak zapomniano w pewnym momencie o Wietnamie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Afganistan, Irak, Iran, Ogólnie o wojnie, Siły Lądowe, Syria, USA wobec Bliskiego Wschodu i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Wnioski z przeszłości a przyszłe wojny.

  1. Pingback: Kraina niepewności i niespodzianek. Część II. | nowastrategia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s