Mgła informacyjna.

źródło: cnn.com

Kilka dni temu naszła mnie pewna refleksja związana z tym, jak bardzo mało wiemy na temat tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Jest to pewien paradoks, bowiem artykuły dotyczące spraw regionu zajmują czołowe miejsca na stronach zagranicznych portali branżowych, na temat sytuacji w regionie każdego miesiąca powstają dziesiątki raportów, wydawanych przez rozliczne instytuty i organizacje. Nawet media popularne, nawet w naszym kraju, w którym poziom informowania społeczeństwa o wydarzeniach spoza krajowego podwórka jest bardzo niski, często epatują nagłówkami zawierającymi słowa „Iran!”, „Al-Qaida!”, Syria!”. Mimo tego pozornego natłoku informacji z Bliskiego Wschodu wciąż czuję niedosyt, mam wrażenie, że na co dzień zainteresowanemu czytelnikowi jest dane jedynie „ślizgać się po powierzchni”.

Wydaje mi się, że wynika to z bardzo prostej przyczyny – źródła informacji. Bardzo trudno jest bowiem o rzetelne informacje z pierwszej ręki. Zwróćmy uwagę, że większość danych, którymi na co dzień operujemy, przekonań, które w sobie wyrabiamy, czerpie z zachodnich, głównie amerykańskich publikacji. Tworzą je fachowcy o wieloletnim doświadczeniu, niejednokrotnie blisko związani z regionem. Mimo to przeważnie nie ma ich „tam i teraz”. Drugie źródło to zachodnie media i agencje informacyjne. Problem w tym, że nawet jeśli dany periodyk/telewizja ma biur terenowe, znajduje się ono poza strefą najważniejszych wydarzeń, a pracujący w nim dziennikarze mają stosunkowo niewielkie możliwości zbierania wartościowych informacji, do czego jeszcze wrócę. Idąc dalej, w zachodnich mediach źródłami informacji bardzo często są osoby związane z polityką, wojskiem i służbami wywiadowczymi danego kraju. Zakładam, że czasem, jeśli sami posiadają wiedzę dzielą się prawdą z mediami, ale na pewno nie zawsze. Do tego przeważnie anonimowo, do tego na pewno nie raz specjalnie kreują medialny obraz pewnych wydarzeń tak, by odpowiadał ich interesowi lub poglądom. To kwestia dość oczywista.

Dodatkowo warto czasami zdać sobie sprawę, że nasze pojmowanie regionu, jest w znacznej mierze spaczone przez lata obcowania z zachodnimi mediami. Sam również siłą rzeczy jestem postawiony w tej niekomfortowej sytuacji i nie mogę nic na to poradzić. Zdaję sobie jednak sprawę, że w wielu przypadkach, gdyby mieszkaniec regionu – czy to Arab, czy to Kurd, czy Pers, przeczytał kilka artykułów w zachodnich mediach, co najwyżej puknąłby się w czoło.

Co z mediami lokalnymi? Niestety Bliski Wschód to nie jest raj wolnej prasy. Nie łudźmy się, cenzura, stronniczość, nawet ograniczenia związane z religią, muszą zniekształcać obraz regionu odbijany w tym zwierciadle. Nawet osławiona Al-Jazeera nie może zaspokoić głodu wiedzy, jest bowiem ewidentnie stronniczym medium, co widać było na wielu przykładach w ostatnich latach. Pomijam oczywiście „służby informacyjne” ugrupowań takich jak Hezbollah, Al-Qaida, czy Hamas, nie chodzi nam przecież by sycić się propagandą. Nie twierdzę oczywiście, że wszystkie wspomniane wyżej czynniki nie zapewniają prawdziwych informacji. Chodzi mi o to, że nie robią tego zawsze, a bardziej, kiedy jest im wygodnie. Pewne rzeczy nazbyt uwypuklają, inne przemilczają. Trudno mieć wobec nich dużą dozę zaufania, którym chciałbym obdarzyć rzetelne medium.

Dlaczego tak jest? Dlatego, że dziennikarze mają problemy w docieraniu do serca wydarzeń.  Mam głęboką wiarę w dziennikarzy demokratycznego świata, wiem jednak, jak trudno zdobyć im informacje z Bliskiego Wschodu, które nie pochodziłyby od wojskowych, polityków, miejscowych „handlarzy newsów”, czy też legionu innych pośredników, którzy celowo lub nie, zniekształcają fakty. W wojskowości istnieje takie pojęcie jak „mgła wojny”, mam wrażenie, że Bliski Wschód pogrążony jest w „mgle informacyjnej”.

Na obecnym Bliskim Wschodzie jest dla dziennikarzy albo zbyt niebezpiecznie, żeby móc skutecznie i regularnie tam pracować, albo władze ograniczają swobodę pracy reporterom. W niektórych przypadkach zachodzą obie te okoliczności, na przykład w dzisiejszym Iraku. Iran, państwa Półwyspu, Irak, to obecnie państwa hermetyczne, a ich władze bardzo dobrze dbają „o dobrą prasę”. Afganistan, Pakistan północno-zachodni, Syria, Jemen to z kolei miejsca zbyt niebezpieczne, żeby dziennikarze mogli wykonywać tam dogłębnie i systematycznie swoje zadania. W niektórych miejscach na zagranicznych dziennikarzy wręcz się poluje. Pewna doza nieufności miejscowych wobec zagranicznych dziennikarzy to kolejna kwestia.

Jak na ironię, sytuacja wyglądała lepiej w czasie wojny. Opisuje to autorka cytowanego powyżej artykułu dotyczącego Iraku. Wspomina, że w czasie pierwszych lat wojny w Iraku reporterzy jeździli gdzie chcieli, rozmawiali z kim chcieli i pisali o czym chcieli. Bez pośredników. Jednak gdy wybuchła wojna domowa stało się to zbyt niebezpieczne, wtedy każdy biały człowiek w Iraku był potencjalnym celem, jeśli nie dla morderców to porywczy.

Cóż więc nam pozostaje? Mimo wszystko czytać. Jak najwięcej. Porównywać, analizować, wyciągać własne wnioski. Przede wszystkim jednak polować na owoce pracy tych, którym jednak się udało, którzy mimo niebezpieczeństw i ograniczeń wdzierają się w najbardziej niebezpieczne miejsca regionu, by przemycić choć szczątki informacji i świadectwo ludzi, którzy żyją tam na co dzień. Takich publikacji nie ma tyle ile byśmy chcieli, ale są i z tego należy się cieszyć. Tym bardziej, że wielu z tych, którzy je zdobywają, przypłaca to życiem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólnie o wojnie i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s