AFRICOM – symbol zmian ostatnich lat.

źródło: en.wikipedia.org

źródło: en.wikipedia.org

Współczesny świat jest bardzo nieprzewidywalny. Potwierdzeniem tej tezy są losy najmłodszego dowództwa regionalnego sił zbrojnych USA. Przypomnijmy, AFRICOM powstało w 2007 roku, a działać zaczęło rok później. W swoich założeniach miało być formacją odmienną od starszych dowództw. Planiści z Pentagonu zakładali, że AFRICOM będzie skupiał się na miękkim bezpieczeństwie, uczestniczył w zapobieganiu konfliktów i rozwiązywaniu problemów humanitarnych, a nie na działaniach wojennych. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te plany. Najpierw działania w Libii, a obecnie sytuacja w Mali wymuszają dostosowanie się formacji, która swą kwaterę główną mieści w Stuttgarcie, do stawiania czoła co raz większym i bardziej niebezpiecznym wyzwaniom.

Od dawna mówi się, że Afryka będzie miała co raz większe znaczenie i rodzić będzie co raz więcej problemów. Ten dalece niebezpieczny kontynent zmienia się w obszar, z którego zagrożenia  będą w co raz większym stopniu oddziaływać na resztę świata. Czarny Ląd od dawna był mozaiką wojen domowych, ludobójstwa i przestępczości. Kwestie te jednak były zabójczo groźne głównie dla mieszkańców kontynentu. Jedynym aspektem, który był bezpośrednio odczuwalny dla społeczności międzynarodowej, było szerzące się u wybrzeży Somalii, a także w Zatoce Gwinejskiej, piractwo. Obecnie widzimy daleko idące zmiany, które bardzo ściśle powiązać możemy z Arabską Wiosną. O negatywnym wpływie ruchów społecznych z 2011 roku pisałem nie raz. Zachwianie stabilnej władzy dyktatorów w Tunezji i Libii, połączone z ewolucją islamskiego terroryzmu, zaowocowało wzrostem zagrożenia dla południowej flanki Europy i NATO. Pierwszą jaskółką nowej afrykańskiej rzeczywistości jest wojna w Mali. Dodając do tego nieuchronnie zbliżający się wyścig między mocarstwami o afrykańskie zasoby, pierwotne założenia przyświecające założycielom AFRICOMu należy odłożyć do szuflady. Dowództwo musi być gotowe do walki, podobnie jak CENTCOM i PACOM.

Zmiany są już oczywiście w toku, a przyśpieszył je dynamiczny bieg wydarzeń. Jednostki służące w strukturach AFRICOM, głównie siły specjalne, zmuszone zostały do aktywnych działań w Somalii, centralnej Afryce, Libii, czy Mali. Obecnie, a stało się to w przeciągu zaledwie 2-3 lat, AFRICOM jest tuż za CENTCOMem, jeżeli chodzi o intensywność zaangażowania w działania kontrterrorystyczne.

Wyraźnym sygnałem świadczącym o wzrastającym znaczeniu Afryki jest mianowanie na stanowisko szefa AFRICOMu jednego z najbardziej uzdolnionych amerykańskich wojskowych, zaprawionego w boju w Afganistanie, generała Davida Rodrigueza. Zastąpił na stanowisku generała Cartera Hama. Będzie trzecim szefem afrykańskiego dowództwa. Zwiastunów ewolucji (rewolucji?) dowództwa było więcej. Zmieniono nazwy poszczególnych wydziałów, które u zarania miały bardziej cywilny charakter, na typowo wojskowe. Teraz są zbieżne ze swoimi odpowiednikami w innych dowództwach regionalnych. W AFRICOMie pracuje co raz więcej wojskowych, choć nadal nasycenie cywilami jest tutaj większe niż gdzie indziej.

W działania AFRICOMu zaangażowane jest również co raz więcej jednostek bojowych. Dość powiedzieć, że dowództwo posiada pod swoją komendą brygadę sił lądowych (bazującą w USA), która jest przewidziana do prowadzenia działań w Afryce. AFRICOM jest jedynym dowództwem, które posiada tak ściśle przypisaną, dużą jednostkę. To ciekawy casus. Szef sił lądowych, generał Ray Odierno, zwracał nie dawno uwagę, że takie ściśle wyspecjalizowane oddziały, blisko współpracujące z dowództwami regionalnymi, mogą być ważnym punktem w przyszłości U.S. Army. Jeśli patent ten się sprawdzi, będzie to spory atut Armii, i dowód na jej przydatność na niegościnnym dla niej współczesnym polu walki. Podobną jednostkę buduje właśnie piechota morska.

Nie warto w ogóle rozważać, czy zmiany w AFRICOMie są dobre czy złe. Są niezbędne, a ich konieczność jasno obrazuje nam jak szybko zmienia się świat. Jaki był w roku 2008, a jaki jest dziś. Śmiem powiedzieć, że AFRICOM zmienia się zbyt wolno. Amerykańscy wojskowi zostali zaskoczeni wojną w Libii, w czasie której AFRICOM nie potrafił zabezpieczyć rozległych arsenałów reżimu Kaddafiego i znaczne ilości uzbrojenia dostały się w niepowołane ręce, a obecnie egzemplarze z libijskich arsenałów można zapewne spotkać na wszystkich frontach od Mali, przez Syrię, po Afganistan. Złe świadectwo dowództwu wystawia również śmierć amerykańskiego ambasadora w Libii, we wrześniu zeszłego roku.

Trudno jednak kogokolwiek obwiniać. Sprawnie działającej struktury, która pod swoją „opieką” ma cały kontynent nie da się wybudować w kilka, ani nawet kilkanaście lat. Obecnie trzeba skupić się na priorytetach. Tymi na pewno jest współpraca z sojusznikami w Afryce, a także zwalczanie terroryzmu, który po Ormuzie, Bab al Mandab, Suezie, zbliża się do Gibraltaru. Na tych polach trzeba się angażować, a problemy mniejszej wagi, jak piractwo, czy przeciwników w głębi Czarnego Lądu (np. Boko Haram) zostawić sojusznikom. W szybkim rozwoju AFRICOMu nie pomoże zapewne obecna sytuacja budżetowa Pentagonu. Czasy dla międzynarodowego bezpieczeństwa nie są łatwe.

Gdy piszę te słowa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bezpieczeństwo amerykańskich interesów na całym świecie pęka w szwach. Sytuacja staje się co raz gorsza z miesiąca na miesiąc. Nowe punkty zapalne pojawiają się jak grzyby po deszczu. Iran, Synaj, Jemen, Libia, Syria, Tunezja, Mali, Irak, południowo-wschodni Pacyfik, Korea Północna, Arktyka. Barack Obama może być zapamiętany jako prezydent, za którego kadencji doszło do bezprecedensowego obniżenia stabilności we wschodniej hemisferze. Nie łudźmy się, że przy obecnym budżecie Amerykanie będą w stanie radzić sobie z tymi konfliktami i zapobiegać wybuchom kolejnych. Wydaje mi się, że częstotliwość pojawiania się nowych napięć jest wprost proporcjonalna do „zmiękczania” kursu w amerykańskiej polityce zagranicznej i co raz większych kłopotów amerykańskich sił zbrojnych. Na domiar złego najważniejsi europejscy sojusznicy również się rozbrajają, a ich społeczeństwa nie są chętne do wyrażania poparcia dla zaangażowania swoich państw w konflikty w Afryce czy Azji.

Z samej zasady w pacyfistycznej postawie i zmniejszaniu budżetów na obronę nie ma oczywiście nic złego, tyle, że w dzisiejszym świecie nie ma konfliktów, na które przeciętny Amerykanin i Europejczyk może przymykać oko. Jeśli będzie dochodziło do kolejnych eskalacji, to ich skutki w mniej lub bardziej bezpośrednio sposób wszyscy odczujemy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka Północna, Ogólnie o wojnie, Siły Lądowe, Terroryzm, USA wobec Bliskiego Wschodu i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s