Zbliża się czas pożegnania z zapomnianą wojną.

źródło: commons.wikimedia.org

źródło: commons.wikimedia.org

Amerykańska „przygoda” w Afganistanie dobiega końca. Prezydent Obama poprzysiągł, że na początku swojej drugiej kadencji wycofa z „cmentarzyska imperiów” niemal wszystkie amerykańskie siły i wydaje się, że słowa dotrzyma. O tym, że najdłuższą wojnę w historii Ameryki trudno będzie rozpatrywać w kategoriach zwycięstwa wiadomo od dość dawna. W ciągu najbliższych miesięcy możemy spodziewać się zalewu raportów, artykułów i analiz podsumowujących ten ogromny wysiłek wojenny. Zastanawia mnie, że część głosów za oceanem próbuje jeszcze radzić i szukać środków, dzięki którym można by zmienić niekorzystną sytuację w Afganistanie. Uważam to za bezsensowne, jeśli bowiem Barack Obama nie dokona w ostatniej chwili gwałtownej wolty w swoim podejściu do wojny, a na to bym nie liczył, to zmienić w zasadzie nic już się nie da.

Na gruntowne podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Z doświadczeń wojny afgańskiej czerpać będą latami wojskowi, politycy, spece od stosunków międzynarodowych, a także znawcy Bliskiego Wschodu. Każdy z nas również będzie miał swoje zdanie. Ja obawiam się, że końcowy bilans wojny będzie dalece niekorzystny na niemal każdej płaszczyźnie. Skąd ten pesymizm? Stąd, że w Afganistanie nie dzieje się dziś dobrze, a jak wspomniałem wyżej, trudno spodziewać się nagłych, pozytywnych zmian w ciągu najbliższych miesięcy. Nie chcę deprecjonować wielu osiągnięć ostatniej dekady, odczuwalnych zwłaszcza w codziennym życiu Afgańczyków. Prawda jest jednak taka, że katastrofa polityczna, która może nadejść po wycofaniu Amerykanów, wszelkie mniejsze sukcesy zniweczy, a lata wysiłku, swoistej „pracy u podstaw”, szybką znikną w mroku historii.

Jednym z największych problemów jakie da się zauważyć w ostatnich miesiącach to próby wymazania Afganistanu z mapy debaty publicznej w USA i całym NATO. Proceder ten osiągnął apogeum w czasie amerykańskiej kampanii wyborczej z jesieni zeszłego roku. Jeżeli politycy nie próbują zainteresować opinii publicznej określonym problemem oznacza to, że nie mają społeczeństwu do przekazania żadnych pozytywnych informacji. Na dziś dzień administracja w Waszyngtonie chce wojnę te jak najszybciej zakończyć, zamieść problem pod dywan. Nie mam również wątpliwości, że w 2016 roku, podczas wyborów, kandydat Demokratów będzie chciał obrócić tę dzisiejszą ciszę na swoją korzyść. Bin Laden – Powrót Naszych Chłopców do Domu. Będą to chwytliwe hasła, które zapewne będą dominować w politycznej retoryce. Jestem pewien, że nad tym, co po sobie pozostawiono w Afganistanie, nikt pochylać się nie będzie miał ochoty. Chyba, że Afganistan sam upomni się o uwagę… jak raz to już zrobił, po tym gdy Amerykanie postanowili o nim zapomnieć po 1989 roku.

Od dłuższego czasu bliskowschodnimi „gwiazdami mediów” są inne rejony. Syria, Iran, Egipt, Turcja. Mali i Korea Północna również skutecznie odciągają uwagę polityków i wyborców od sytuacji w Afganistanie. Szczęśliwie jakieś wieści z Afganistanu docierają do zainteresowanego odbiorcy. Jaki przekaz ze sobą niosą?

Wiemy, że z Afganistanu stara się uciec co raz większa ilość osób, które przez ponad dekadę obecności wojsk NATO drastycznie zmieniły swój sposób życia. Przyzwyczaiły się do pewnej swobody obyczajów, zarobiły pieniądze, posłały swoje dzieci obu płci do szkoły. Ludzie ci, którzy powinni stać się podstawą trwałych zmian w ich kraju nie wierzą w świetlaną przyszłość. Bezpieczeństwo jest dla nich najważniejsze. Trudno się dziwić. Z Afganistanu uciekają również pieniądze. Ci, którzy zarobili lokują pieniądze za granicą. Te nie rzucające się w oczy czynniki wydają się być najbardziej pesymistyczne. Nie zwraca się również uwagi na to, jak wiele osób, które przez wiele lat zarabiały naprawdę godziwe, jak na afgańskie realia, pieniądze straci pracę. Ich zatrudnienie było ściśle związane z obecnością wojsk NATO. Byli tłumaczami, obsługiwali bazy, zaopatrywali żołnierzy w żywność. Trudno przewidzieć co stanie się z tymi ludźmi po wyjeździe zachodnich wojsk. Część z nich wyjedzie za swoimi chlebodawcami, część ucieknie z obawy o własne życie – jeśli Talibowie wrócą, mogą nie być mile widziani w swoim kraju, część wróci do uprawiania maku.

Mak. Po okresie kiedy wydawało się, że Amerykanie znaleźli sposób na choć minimalne ograniczenie afgańskiego narkobiznesu, od 3 lat jesteśmy świadkami ponownego wzrostu upraw. Wydaje się, że w tym przypadku mechanizm jest oczywisty. Gdy w latach 2009-2010 w Afganistanie stacjonowały ogromne ilości żołnierzy, które aktywnie operowały w najbardziej newralgicznych prowincjach, uprawianie maku siłą rzeczy było ograniczane. ISAF starało się zachęcić afgańskich  rolników do skupienia się na uprawie innych płodów rolnych. Jak widać dziś, wysiłki te spełzły na niczym. Wraz z wycofywaniem sił NATO mak wraca na swoją odwieczną pozycję. Fakt, że pomimo dwunastoletniej już obecności sił pod wodzą USA Afganistan nadal jest największym światowym producentem maku można uznać za klęskę. Delikatnie mówiąc. Tam gdzie jest mak, tam są nielegalne pieniądze, a tam gdzie są nielegalne pieniądze jest terroryzm i zorganizowana przestępczość. W tych realiach na pewno nie ma szans powstać bezpieczne i stabilne środowisko dla rozwoju pokojowo nastawionego społeczeństwa.

Na niwie politycznej również nie osiągnięto zbyt wielu sukcesów. Dziś możemy łudzić się, że Hamid Karzaj pokojowo odda władzę, a w Afganistanie będzie dochodzić do kolejnych demokratycznych wyborów. Nie mamy jednak zbyt silnych podstaw dla takiego optymizmu. W Afganistanie nie udało się stworzyć potrzebnego dla spokoju wewnętrznego politycznego klimatu. Nie udało się zainteresować losami kraju  lokalnych społeczności, wypracować interetnicznej płaszczyzny porozumienia. Stworzono nie odpowiadający afgańskim realiom system polityczny, który pasowałby raczej do jednolitego etnicznie i wyznaniowo kraju. Takim Afganistan zdecydowanie nie jest. Ponadto na newralgiczny okres, tuż po wycofaniu NATO, zaplanowano wybory. Tak jak gdyby na siłę próbowano rzucić chwiejnemu państwu afgańskiemu pod nogi beczkę prochu z zapalonym lontem.

W polityce zagranicznej nie jest wiele lepiej. Nie chcę po raz kolejny roztrząsać relacji między Kabulem a Waszyngtonem, raz po raz nadwyrężanych przez kolejny skandal, lub nagłośnioną śmierć afgańskich dzieci, które stały się kolejnymi niewinnymi ofiarami tej wojny. Tak naprawdę największy wpływ na przyszłość Afganistanu będzie miał jego zachodni sąsiad (niemożność przecięcia pewnych sieci zależności między Pakistanem a Afganistanem to kolejna klęska NATO). Problem w tym, że relacje między Kabulem a Islamabadem są fatalne. Co kilka dni dochodzi do napięć i wzajemnych oskarżeń. Zaledwie kilkanaście dni temu doszło do spięcia związanego…z ustawieniem bramki celnej przez Pakistańczyków. Zły klimat w stosunkach z potężnym sąsiadem to dla rządu Karzaja gwóźdź do trumny. Dla Pakistanu obalenie nieprzyjaznego im rządu w Kabulu po opuszczeniu Afganistanu przez Amerykanów będzie zadaniem stosunkowo prostym. Nie zapominajmy, że niestabilny Afganistan to dla Pakistanu znacznie mniejsze zło niż sąsiad silny, który przejawia choćby minimalne ciągoty w stronę Indii.

Jak wspomniałem wyżej, na gruntowne podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Już dziś możemy jednak wskazać ogromną ilość błędów. Błędów politycznych i administracyjnych, kwestie wojskowe to zupełnie inna kwestia. Jeżeli na wojnę ruszało się z tak ambitnymi celami jak w tym przypadku, jeżeli chciano zmienić całe środowisko i społeczeństwo odmiennego kulturowo kraju, należało to robić w sposób bardziej zdecydowany. Jeśli Amerykanie chcieli stworzyć w Afganistanie stabilną demokrację, to swój pobyt w tym kraju powinni zaplanować na znacznie dłużej niż 13 lat. Głosy nawołujące, by w ciągu tych ostatnich miesięcy dołożyć jeszcze starań, by coś zmienić na tym polu, by skupić się na ludziach, na infrastrukturze, uważam za niepoważne. Jeśli chce się osiągnąć cele, o jakich marzyli niektórzy amerykańscy politycy trzeba dysponować czasem, poparciem własnego społeczeństwa, ogromną armią zdolną okupować całe terytorium Afganistanu, a także możliwościami zdecydowanego nacisku na jego sąsiadów. Stany Zjednoczone nie posiadają żadnej z tych rzeczy.

Chichotem losu może być powtórka z historii, czyli zmarnowanie miliardów dolarów, wielu lat i życia amerykańskich żołnierzy dla korzyści innego państwa, USA wrogiego. Tak było w Iraku, tak może być i w Afganistanie. Chiny inwestują w Afganistanie bardzo aktywnie, ich pozycja będzie tym mocniejsza, że stosunki Pekinu z Pakistanem są bardziej niż poprawne. Na amerykańskich wysiłkach skorzystać będzie chciała zapewne też Rosja. Kilka tygodni temu z Moskwy dało się słyszeć głosy, że być może Rosjanie będą musieli zaangażować się militarnie po wycofaniu sił USA, gdyż obawiają się niebezpieczeństwa ze strony islamskiego fundamentalizmu, który jak zakładają, będzie miał po 2014 roku żyzne pole do ponownego wzrostu. W tym drugim być może mają rację, nie wierzę jednak by byli tak głupi i wysłali do Afganistanu choć jednego żołnierza, możemy bowiem z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że po kolejnej rundzie zmagań świata zachodu z Afganistanem, kraj ten tytuł „cmentarzyska imperium” nadal pewnie dzierży. Rosjan na cmentarzysku tym spoczywa już dostatecznie wielu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Afganistan, USA wobec Bliskiego Wschodu i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s